Są takie chwile, kiedy najbardziej profesjonalną rzeczą, jaką można zrobić, jest przestać być profesjonalnym człowiekiem. Przestać kontrolować, przewidywać, dociskać rzeczywistość do własnego planu. W studio nazywamy to czasem „powietrzem”, np. w muzyce jest dużo “powietrza” etc.
W życiu to po prostu przestrzeń na oddech, w której nie trzeba niczego udowadniać.
W tym odcinku podcastu wróciłam do rozmowy z Beatą Pawlikowską. Słuchałam archiwalnych nagrań, i na marginesie poprawnej rozmowy znalazłam pojęcie „Wielkiego Ach”. Zostało to we mnie jak echo – jak westchnienie.
Czym właściwie jest to „Ach”? Z pozoru to tylko proste zachwycenie, radość życia, spokojna zgoda na własne istnienie. Ale im dłużej nad tym siedzę, tym bardziej widzę w nim akt odwagi. Moment, w którym człowiek przestaje mierzyć, optymalizować, ważyć każdą minutę swojej produktywności. To ciche „tak” dla zwykłych chwil – dla spaceru przez gęstą mgłę nad Biebrzą, dla słuchania deszczu w dżungli, dla patrzenia, jak światło powoli wpełza po ścianie tuż po przebudzeniu. Takie momenty nie „przydają się” do niczego, a jednak karmią mnie najgłębiej.



Pracując nad tym materiałem, poczułam, że ludzkie „Ach” ma bardzo stare korzenie. W antycznym thaumazein, o którym uczyli Platon i Arystoteles, widząc w nim początek wszelkiej filozofii. To nie jest banalne „o, jakie to ciekawe”. To egzystencjalny wstrząs, który dotyka ciała, emocji i myśli jednocześnie. Świat nagle przestaje być tłem, a staje się wydarzeniem. Uznajemy, że ocean szumi dalej, las oddycha, ziemia trwa – niezależnie od naszych maili, terminów i „wiosłowania” przeciw prądowi.
- Aaaach - prawda?
Z perspektywy filozofii, którą się czasem zajmuję – rosyjskiej metafizyki XIX wieku – to „Ach” ma jeszcze jeden wymiar. Myśliciele tacy jak Sołowjow czy Bierdiajew próbowali opisać moment, w którym człowiek styka się z tajemnicą istnienia: nie z abstrakcją, ale z żywym doświadczeniem. To chwila, kiedy przestajemy pytać: „Co mogę z tego mieć?”, a zaczynamy pytać: „Co to we mnie porusza?”.
Wielkie Ach jest właśnie takim dotknięciem tajemnicy – krótkim, ale bardzo wyraźnym doświadczeniem, że świat nie jest tylko mechanizmem, lecz czymś więcej, niż potrafimy przeliczyć i zaplanować.
Najciekawsze jest jednak to, że to Wielkie Ach nie wymaga dalekich podróży. Beata przypomina, że nie trzeba lecieć balonem nad Kapadocją, żeby poczuć to drżenie. Ono jest dostępne tu i teraz, pod warunkiem, że odważymy się „wyprowadzić swój umysł na spacer”. Bez celu, bez aplikacji mierzącej kroki, bez telefonu trzymanego jak tarcza. Bez odruchowego sprawdzania wiadomości tuż po przebudzeniu, jakby od tego zależało nasze istnienie.
Zwykłe pójście przed siebie – w mieście, lesie, na polnej drodze – zaczyna powoli wyciszać nasz ośrodek strachu.
Kiedy idziemy wolniej, coś w nas się rozluźnia. Zaczynamy widzieć świat bez pryzmatu tego, co już o nim wiemy. Drzewo przestaje być „kolejnym drzewem”, a staje się konkretnym drzewem, które dziś wygląda inaczej niż wczoraj. Patrzymy tak, jakby to wszystko działo się po raz pierwszy. I właśnie tam, w tym punkcie styku naszej skończoności z nieskończonością świata, rodzi się najczystsze, ludzkie zdumienie.
Coraz bardziej myślę, że Wielkie Ach to nie jest luksus dla nielicznych, lecz podstawowa kompetencja psychiczna i duchowa naszych czasów.
Umiejętność bycia w świecie bez ciągłego komentowania go w głowie. To wymafa odwagi :). Ach oznacza też zaufanie, że przez chwilę wolno mi niczego nie poprawiać, nie przyspieszać, nie „wyciągać wniosków”. Po prostu być w tym, co jest – z całą jego kruchością, chaosem i pięknem.
No to i jestem.
Wasza Miłka ;)
PS> Kiedy pojawia się Twoje Ach?











