Zacznę od pofestiwalowej refleksji:
Bo właśnie siedzę z chłodną kawą (bezkofeinową, taka pora), a wciąż czuję pofestiwalową intensywność minionego weekendu w Białowieży.
To był wyjątkowy czas.
Wersja live cyklu „Kobiety z Kiedyś” pokazała mi, że autentyczna, kobieca opowieść o tożsamości i o naturze natury najpiękniej otwiera oczy… przez uszy.
Rozmowy, które prowadziłam, wychodziły daleko poza dobrze już oswojoną legendę Simony Kossak. Były intymne, gęste, ale mocno splecione z rytmem puszczy – i znów zobaczyłam, jak sztuka audio i reportaż narracyjny potrafią budować wspólnotowość przeżycia.
Simona powtarzała, że przyroda „nie jest ani dobra, ani zła – jest po prostu sobą”. Ten festiwalowy czas pokazał mi, że podobnie jest z opowieściami: kiedy są prawdziwe, nie muszą być wygładzone, żeby poruszać.
Prowadziłam nie tylko swoją opowieść, ale też dwa niezwykle inspirujące spotkania – każde z nich inaczej oświetlało to, z czego wyrastamy: pamięć, relacje, lokalne doświadczenia, które nie zawsze trafiają do oficjalnych narracji.
Zanim we wtorek o 18:18 na kanale pojawi się nowa, festiwalowa przestrzeń dźwiękowa, przywieziona prosto z Białowieży, zostawiam Cię z jednym pytaniem:
Gdyby na moment wyciszyć cały cyfrowy szum – jaka jedna opowieść, zasłyszana gdziekolwiek, ale właśnie w ten weekend, najmocniej z Tobą w teh chwili gdy to czytasz - rezonuje?


Wróćmy do myśli przewodniej:
Miejsce ma znaczenie.
Ale do jego powstania zawsze przyczyniają się ludzie. A bardzo często – one, Kobiety z Kiedyś.
Liczyły się: codzienność, praca i odpoczynek. To jest uniwersalne. A jednak tutaj – w Białowieży – nabiera szczególnego sensu. W tym odcinku podążam takimi codziennymi ścieżkami białowieżanek z, nie tak dalekiej w końcu, przeszłości.
Zatem - rozejrzyj się.
Miejsce, w którym teraz jesteś – słuchając – ma swoją historię. Jeśli czujesz z nim relację, to znaczy, że także kontynuujesz czyjąś historię. Niesiesz dalej opowieści tych, którzy byli tu przed Tobą: chodzili tymi samymi drogami, mieszkali w tych ścianach albo tuż obok, uprawiali ziemię, szli na front, cieszyli się życiem albo nie – ale i tak przekazywali dalej emocjonalne kody, zaczęte historie bycia tutaj.



Do tego żywiołu, którym jesteśmy – każdy z nas – zagląda się poprzez pamięć. Cuowne narzędzie, ale…
Tylko co właściwie pamiętamy?
Moja rozmówczyni to Joanna. Dla mnie – Asia. Z domu Rabczuk. Bardzo podlaskie nazwisko, prawda?
Chodziłyśmy razem do szkoły. Jedna z niewielu osób, z którymi kontakt nie urwał się nigdy, choć nie jest “przyssawkowy’. No, cud.
Asia jest białowieżanką. Jej rodzina mieszka tu od kilku pokoleń. W to „bycie tutaj” wpisana jest historia – choćby pamięć bieżeństwa. Taki spadek po przodkach. Raczej smutny.
Tym razem rozmawiamy o Jej mamie. Wracamy do lat 60-tych.
Nas wtedy jeszcze nie było. Kompletnie ;)
A lata 60. były szczególne. To wtedy do Białowieży zaczęły przyjeżdżać młode kobiety z miast – związane z nauką. Nagle, trochę jakby z niczego, pojawiło się środowisko, którego wcześniej tu nie było. Instytuty, badania, nowe języki opowieści o świecie.
I kobiety.
Kobiety nauki, które przynosiły ze sobą inne rytmy życia, inne sposoby bycia – i spotykały się z tym, co było tu od…. kiedyś.
Na tej żyznej glebie wyrosło nasze kiedyś ;)
A miejsce to zawsze kilka warstw.
Kraina pamięci to nie pączek, to przekładaniec, prawda? ;).
Ślę serdeczności!
Miłka











